Szafa… do dzisiaj nie mogę sobie wyobrazić, jak dawno, dawno temu kobiety i mężczyźni potrafili się bez niej obejść. Ja, w swoim niedużym mieszkanku naliczyłam ich 4. W sypialni dumnie stoi przeogromna trzydrzwiowa szafa, w której byłabym w stanie zmieścić niemalże połowę mojego dobytku. Czasami mam wrażenie, że skrywa ona mroczne tajemnice mojej osobowości. W nocy, kiedy kładę się do łóżka, ona czuwa nade mną i lśni lakierowanymi frontami przy blasku księżyca, bym rano znów mogła ją otworzyć, aby przygotować sobie odpowiednie ubranie.
Druga szafa, która znalazła się w moim posiadaniu to duża szafa narożna znajdująca się w pokoju dziennym. Ze względu na wielką pojemność jest to nieziemsko praktyczny mebel, w którym kryje się reszta tajemnic mojego mieszkania. Szafa, dla mnie, okropnej bałaganiary posiada jedną, bardzo poważną zaletę. Mianowicie, chowa wszystko to, czego nie mam ochoty pokazywać każdemu, kto odwiedza moje mieszkanie, jest szybkim sposobem na schowanie wszystkich porozwalanych po mieszkaniu części garderoby, a sama nie wymaga wiele, żeby utrzymać ją w jako takiej czystości.
Pozostałe dwie szafy pełnią role schowku nie tylko ubrań czy tuszowania naszej największej słabości, ale raczej czegoś w typu małego magazynu.